Mądry znaczy głupi

blog o improwizacji
W naszych rozważaniach o statusie padło takie stwierdzenie: „im bardziej chcesz podwyższyć swój status w scenie, tym bardziej go obniżasz”. To paradoksalnie brzmiąca, ale całkowicie zgodna z logiką zasada. Przypomnijmy: nasz status to sposób w jaki funkcjonujemy w scenie – to styl, w jakim gramy i jesteśmy odbierani w scenie. Składa się na niego wiele czynników: poczucie własnej wartości naszego bohatera, jego ogólna kondycja życiowa, ubiór, środowisko, z którego się wywodzi. Może się na przykład zdarzyć, że będziemy mówić w scenie głośno i dużo, nie dopuszczając partnera do głosu i patrzeć partnerowi w głęboko oczy. Będzie nam się wydawało, że gramy w ten sposób wysoki status, a tymczasem będzie zupełnie odwrotnie. Wyjdziemy na osobę przestraszoną, niepewną swoich poglądów. Dodatkowo nasze niezrozumienie sytuacji i statusu zahamuje rozwój sceny. Aby nie popełnić tego błędu, musimy cały czas być świadomi tego, jaki status gramy i jak jesteśmy odbierani. Tak to wygląda wewnątrz sceny.

Może się jednak zdarzyć nie w pojedynczej scenie, lecz na poziomie fabuły, że zagramy tzw. „schemat Dyzmy”. Dzieje się tak, gdy żebrak lub pijaczyna pretenduje do bycia personą z wyższych sfer. Kiedy taki scenariusz może się zrealizować? Zrealizuje się właśnie dzięki pierwszej scenie, w której bohater da się poznać jako żebrak i pijaczyna, a dalsza fabuła wywinduje go w hierarchii społecznej. Taka sytuacja jest bardziej prawdopodobna, ponieważ mamy do czynienia na samym początku z pewną prawdą i akceptujemy ją, jaka by ona nie była. W życiu spotyka się różnych ludzi, ich postaci i stereotypy im towarzyszące mamy w swojej pamięci, więc akceptujemy coś, co pokrywa się z naszą wiedzą i doświadczeniem. Każdy z nas widział nauczyciela, ale też pewnie widział żula, polityka i księdza, widział ludzi mądrych, lecz pewnie częściej tych nieco mniej ogarniętych, zatem prawdziwy będzie ten spektakl, w którym grają postaci z każdego z tych rejestrów, a nie tylko z wybranego.

Tymczasem często oglądam teatry, w których improwizatorzy mówią do siebie w sposób wyszukany, chwilami wręcz silą się na inteligencję. Zdarza mi się też oglądać grupy impro, które celowo i świadomie wprowadzają komizm i absurd do sceny i w ten sposób powstają sytuacje absurdalne w złym sensie, bo zbyt niewiarygodne. Oczywiście każda z historii była na swój sposób interesująca i śmieszna, jednak po zestawieniu paru historii ze sobą nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że postaci tam grające były w pewnym sensie do siebie podobne: wszyscy byli bystrzy, ogarnięci, świadomi absurdów, w których biorą udział. Bohaterowie przez duże B. A my dobrze wiemy, że w rzeczywistości tak nie jest, dlatego szukamy też na scenie przeciętności, zwyczajności, a wręcz ludzkiej głupoty, która czasem daje widzom wieksza satysfakcję komediową wynikającą z uświadomienia sobie przewagi intelektualnej nad postacią na scenie.

Dlaczego tak jest? Moja teoria jest taka, że wynika to z typowego „kompleksu polskiego”, który dotyczy ludzi ogólnie, a więc także aktorów impro, czyli w skrócie nie chcąc być uważanym za gorszego, uważam się za lepszego. Fundamentem tego błędu jest nieświadomość lub niespójność własnego wizerunku: np. nam niezadowoloną z życia minę, ale noszę najdroższe buty, jeżdżę ciągle do Chicago na kursy impro, bo tam jest poziom i po powrocie nikt mi nie powie, że się nie znam. Tymczasem jednocześnie wypieram z głowy to, że w Polsce, gdzie improwizuję, życie wygląda nieco inaczej niż w USA, mówi się innym językiem, a improwizacja to nie tylko nauka kreatywnych ćwiczeń, lecz także baczne i uważne obserwowanie świata i różnych ludzi wokół siebie, a nie tylko tych za oceanem. W efekcie zupełnie nieświadomie zaczynam grać pewnego wypreparowanego bohatera, często super oryginalnego, żeby nikt nie pomyślał, że na co dzień mogę być po prostu zwykłym, głupim człowiekiem. A po co? Adam Sandler, najbogatszy amerykański komik zdradził kiedyś, że tajemnicą jego sukcesu jest to, że po prostu grał kretynów, a jego konkurenci nie, gdyż obawiali się uszczerbku na swoim wizerunku. To samo dotyczy popularności Sachy Barona-Cohena i Kuby Wojewódzkiego. Zniżenie się do głupoty stanowi w ich wypadku paradoksalnie rodzaj pokory, dzięki której niejeden widz docenił ich kunszt, czując, że w rzeczywistości nie są takimi idiotami, za jakich się uważają. Taka zatem rada dla Ciebie: patrz, obserwuj i ucz się zarówno mądrości, jak i głupoty.

Autor: Daniel Siedlecki